Witajcie w trzeciej części dotyczącej pielęgnacji jesienią i zimą. Już omówiłyśmy pielęgnację swędzącej skóry głowy, twarzy i ciała. Gdyby pokusić się o podsumowanie sezonu grzewczego jednym słowem byłoby to: drapanie!
Dzisiaj czas zadbać o nasz przyrząd do drapania. To on przynosi nam ulgę, gdy suchość nadchodzi; to on daje ukojenie, jednocześnie pozostawiając na suchej skórze finezyjne wzory w kolorze bieli bądź różu (zależy od poziomu suchości skóry i intensywności drapania). To on! A właściwie “one” : dłonie!
Czy to pustynia? A może papier ścierny? Nie, to moje dłonie!
“Ale mam suche dłonie” - powtarzamy do znudzenia rok rocznie, więc proponuję raz na zawsze zakończyć ten temat. Nie, nie poprzez amputację lub ignorowanie problemu, ale pielęgnację. Przyznam, że nie mogę się doczekać, bo po latach poszukiwań i wypróbowaniu setek (nie przesadzam) kremów do rąk od najniższej do najwyższej półki, zalazłam swojego świętego Graala i chcę Wam go dzisiaj polecić. Ubolewam nad faktem, że producent owego kremu nie płaci mi za ten artykuł ale cóż, zareklamuję go za darmo. ;) Zacznijmy od początku.
Nie wiedzieć czemu, do pielęgnacji ciała i twarzy przywiązujemy znacznie więcej uwagi i staranności niż do pielęgnacji dłoni. A to przecież nasze dłonie znoszą: mycie naczyń, kontakt z detergentami, zmiany temperatur, kontakt z kurzem/pyłem/brudem a my, łaskawie, raz na czas posmarujemy je kremem. Idę o zakład, że gdyby nasze dłonie mogły podjąć taką decyzję, w większości by się spakowały i trzasnęły drzwiami z okrzykiem: “odchodzę!”.
Dłonie też potrzebują peelingu.
Spokojnie, nie musicie bawić się w SPA dla dłoni. Wystarczy że będąc pod prysznicem i robiąc złuszczanie ciała solnym peelingiem (na który przepis zamieściłam tutaj) przejedziecie nim dłonie. Tyle w temacie. :)
Nawilżanie.
Maseczki z siemienia lnianego, płatków owsianych i innych takich zostawcie sobie na czas, kiedy z nudów będziecie chodzić po ścianach i w akcie desperacji zacznie rozważać nawet mycie okien lub posłuchanie Radia Maryja, byleby tylko przestać się nudzić. Na co dzień proponuję szybkie rozwiązania jak smarowanie dłoni na noc oliwką Babydream lub oliwką Alterra. Tą ostatnią kupiłam kilka dni temu na promocji w Rossmannie i jestem zachwycona.
Mam wersję z papają: szybko się wchłania dzięki czemu można błyskawicznie sięgnąć po telefon lub książkę bez zostawiania tłustych odcisków, a jej skład jest rewelacyjny: olej z nasion soi, olej rycynowy, olej sezamowy, oliwa z oliwek, olej z awokado, olej migdałowy, olej jojoba, olej z kiełków pszenicy, olej z pestek winogron, olej z migdałów, olejki eteryczne, witamina E.
I co, to wszystko? Oliwka? A gdzie ten święty Graal? A tutaj:

Jak to zwykle bywa trafiłam do sklepu Soap Secret przypadkiem, pędząc na pociąg przez krakowski dworzec. Wystarczyło, że raz powąchałam, a byłam kupiona. Wystarczyło, że raz go użyłam, a używam go od dwóch lat i mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała z niego zrezygnować. Żaden inny krem, ani Loccitane, ani Body Shop, ani Neutrogena, nie nawilża dłoni tak jak ten.
Krem znajduje się w metalowej tubce, jest bardzo gęsty i wystarczy na rok codziennego używania. A jak pachnie! Właśnie, ostrzegam: używanie go w miejscu publicznym łączy się z dużym zainteresowaniem otoczenia od: “Uuu co tak pięknie pachnie?” po “Daj spróbować!”. :)
Myślę że każda z Was znajdzie zapach dla siebie bo jest w czym wybierać: czekolada, czerwona porzeczka, winogrono, ogórek, limonka z miętą, kaktus z liczi, trawa cytrynowa, passiflora, wanilia, zielona herbata, róża damasceńska, pomarańcza.
Co mam więcej powiedzieć: jestem zakochana! Tak bardzo, że gdybym mogła na bezludną wyspę wziąć tylko jeden kosmetyk byłby nim właśnie ten krem dlatego, że zdarzyło mi się posmarować nim w samolocie skórę pod oczami i też sprawdził się doskonale. Hm… OK, tu jest potrzebne wyjaśnienie: nie smarujcie kremem do rąk twarzy, chyba że macie 100% pewności co do składu. Inaczej polecam wyznawać zasadę: “To, że kremem do twarzy możesz posmarować ciało, nie znaczy że kremem do ciała możesz posmarować twarz” :) Ja, byłam pewna składu, dlatego go użyłam.
Coś mi tutaj popękało…
Jeśli skóra na dłoniach pęka, zanim temperatura sięgnie zera, to współczuję i jednocześnie pocieszam, że da się temu zaradzić. Przez lata borykałam się z AZS na dłoniach. Wiem co to za uczucie kiedy krew leci z palców, jaki ból towarzyszy każdemu kolejnemu pęknięciu i jak usilnie ukrywa się wtedy dłonie w sklepie, autobusie czy na ulicy, by nie natknąć się na natarczywe spojrzenia lub, co gorsza, na pełne ukrywanej odrazy pytanie: “Ojej, a co ci się stało”?
Jeśli skóra na dłoniach jest sucha z powodu czynników chorobowych trzeba się z nią obchodzić szczególnie delikatnie. Żeby nie wpadło wam do głowy zrobić peelingu… chyba, że jesteście fankami “Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” i chcecie urządzić rzeź u siebie w domu.
Dla moich dłoni najważniejszym kosmetykiem w tamtym czasie stała się maść nagietkowa i maść z witaminą A (obie dostępne w aptekach). Nagietek ma działanie łagodzące, przyspiesza gojenie i koi stany zapalne. Minusem maści jest to, że ma intensywny pomarańczowy kolor i kiepsko się wchłania dlatego lepiej stosować ją na noc, lub jako kompres: nałożyć grubą warstwę, włożyć dłonie do woreczka lub plastikowych rękawiczek na przykład podczas oglądania telewizji. W niczym to nie przeszkadza, można zmieniać kanały i sięgać po herbatę lub inny napój bezalkoholowy (niestety alkohol bardzo zaostrza stany zapalne skóry) :) Na co dzień jak najbardziej możecie używać kremu do rąk z Soap Secret - ma naturalny skład i świetnie ukoi podrażnienia.
Rękawiczki? Nie, nie lubię.
To polub albo nie narzekaj, że zimną dłonie masz jakbyś pracowała w Jakucku na roli. ;) Skórzane, cienkie, grube, bawełniane, wełniane, z palcem, z pięcioma palcami a nawet z dwudziestoma - też by się znalazły, wystarczy znaleźć tylko odpowiednie dla siebie. Przy popękanej skórze najlepiej sprawdzają się bawełniane lub skórzane (bez wyściółki) - sztuczne tworzywo i wełna podrażnią popękaną skórę.
Rękawice kuchenne.
Słyszałam już dużo argumentów: “Nie umiem w nich pracować”, “Wszystko mi leci z rąk” itp itd. Jeśli komuś ciężko jest sprzątać w grubych rękawicach a la Didi z “Laboratorium Dextera” może kupić cienkie lateksowe dostępne w każdym hipermarkecie czy Rossmannie. Tak, będzie się trzeba przyzwyczaić, ale ręka do góry, która z Was zrobiłaby sobie wieczorną kąpiel w płynie do mycia okien lub CIF-ie? Zero chętnych? ;) Nie róbcie sobie krzywdy. Gdyby nawet nie chodziło o stan skóry na dłoniach to pamiętajcie, że detergenty poprzez skórę wnikają do waszego organizmu, a żaden z nich nie jest przeznaczony do użytku wewnętrznego. :) OK, jest jeden który można nawet wypić… ale o tym innym razem :)
Mam nadzieję, że pomogłam Wam dzisiejszym artykułem w razie pytań - piszcie! :)
Od zeszłego tygodnia niestety nic się nie zmieniło: jesień trwa i rozkręca się na całego, a wraz z nią my odkręcamy coraz bardziej kaloryfery i dlatego, tak jak obiecałam w poniedziałek tydzień temu: tym razem zajmiemy się pielęgnacją ciała.
Sahara na nogach
Wszystkie to znamy! W życiu nie spotkałam kobiety, która spojrzałaby na swoje łydki i zachwytem wykrzyknęła: “Ależ mam cudownie nawilżoną skórę na nogach! W ogóle się nie łuszczy i nie swędzi.” Nie ma co się oszukiwać, Sahara na nogach jest stanem powszechnie znanym, a w okresie grzewczym nasila się, co najwyraźniej wzbudza niepohamowaną zazdrość u innych części ciała, które idą w jej ślady.
Cztery lata temu, w środku jesieni, kiedy moja skóra mocno odczuła suche powietrze, wybrałam się na tydzień do Egiptu (wycieczka była zaplanowana od dawna i nie spowodowana suchą skórą ;) ). Pierwszego dnia po przyjeździe robiłam piorunujące wrażenie. Byłam blada jak najbledsza koleżanka córki młynarza, a moja skóra zrobiła się jeszcze bardziej szorstka i sucha niż wcześniej więc przypominałam liniejącego legwana-albinosa. Totalna załamka. W następnych dniach jednak stan skóry uległ zmianie - stała się nawilżona i gładka - mimo, że nie stosowałam kosmetyków nawilżających… Czy to ma sens? Ma.
W miarę szybko wpadłam na to, że skóra zawdzięczała swoją cudowną przemianę soli morskiej, nie wiedziałam jednak jak zatrzymać ten efekt po powrocie z wakacji. Kąpiele kilka razy w tygodniu raczej doprowadziłyby mnie do bankructwa, podobnie jak horrendalnie drogie kosmetyki z zawartością soli z morza martwego. Stojąc któregoś dnia w drogerii, zaskoczona faktem popularności peelingów na bazie zwykłego cukru, wpadłam na sprytny plan stworzenia peelingu z soli morskiej. Wiem, że bardzo popularne są peelingi z kawy domowej roboty, ale nie jestem ich fanką ponieważ odrobinę brudzą wannę, a kawa zatyka rury - jest ciężka przez co trudno ją spłukać i osadza się w odpływie oraz kolanku.
W czym peeling z soli morskiej miałby być lepszy od cukrowego? Sól z morza martwego ma wiele cennych pierwiastków i minerałów, to dzięki nim pomaga zwalczyć stres, wspomaga proces leczenia m.in. trądziku, łuszczycy, AZS, poprawia jędrność skóry, wspomaga metabolizm, poprawia krążenie, rozluźnia mięśnie. A cukier? Przy odpowiednim skomponowaniu składników może nawilżać skórę. Wow.
Kilogram soli z morza martwego kupiłam w TK Maxx za 19zł (ostatnio zauważyłam że np. firma Nacomi ma w swojej ofercie sól w cenie ok.26zł za 1,4kg), do tego zaopatrzyłam się w:
olej kokosowy
oliwkę Babedream (wersja różowa bez zapachu)
cytrynę - bo taki zapach chciałam uzyskać
szklany pojemniczek do przechowywania.
Cały proces robienia swojego peelingu jest banalny i już go wyjaśniam.
Do szklanego pojemniczka, w którym ma być peeling dajemy kilka łyżek oleju kokosowego (co to znaczy “kilka”? To znaczy tyle, by po rozpuszczeniu poziom oleju kokosowego sięgał ok. ⅓ wysokości naczynia), następnie wstawiamy go do gorącej wody, by się rozpuścił. Jasne, możecie rozpuścić olej w osobnym naczyniu, ale będzie więcej do zmywania, a podczas przelewania go, najpewniej się upaprzecie. Kiedy olej już się rozpuści, wyciągamy pojemniczek z kąpieli wodnej i wsypujemy sól z morza martwego. Całość trzeba wymieszać dokładnie, by sól połączyła się z olejem. Jeśli konsystencja wydaje się wam dość sucha i sypka, pamiętajcie, że olej jeszcze nie zastygł i ulegnie zmianie.
Teraz macie wybór: fanki lejących, rzadkich peelingów mogą (już po wymieszaniu z olejem kokosowym) dodać wedle uznania kilka łyżek oliwki Babydream i stworzyć taką konsystencję, jaką lubią najbardziej. Ja lubię gęsty peeling. Nakładam go na myjkę łyżeczką - podczas nabierania przybiera zbitą formę i idealnie nadaje się do mocnego masażu. Wybór należy tylko do Was. Ilość oliwki nie wpłynie na jakość produktu.
Na samym końcu dodajemy zapach np. odrobinę startej skórki cytrynowej (nie wolno dodawać soku z cytryny, ani niczego innego na bazie wody), cynamonu czy zapachu waniliowego do ciasta i wszystko mieszamy. Skończone!
Używam tego peelingu od prawie roku i zachwyca mnie nie tylko to, że sama go zrobiłam, pięknie pachnie czy że jest tani, a skuteczny, ale też to, że po jego użyciu nie stosuję balsamu. Wystarczy nałożyć go na myjkę, wymasować ciało, spłukać resztki soli i gotowe :) Ma też dodatkowy plus, że nie podrażnia powiększonych naczynek krwionośnych, bo w przeciwieństwie do cukru, drobinki soli morskiej nie mają ostrych krawędzi.
Nie jest łatwo naleźć na rynku peeling z solą z morza martwego w rozsądnej cenie i z dobrym składem, dlatego jeśli wolicie kupić gotowy produkt polecam mocno wczytać się w skład, a następnie kupić najzwyklejszą sól z morza martwego, olej kokosowy i oliwkę i dziarskim krokiem ruszyć w kierunku kuchni :) Dajcie znać jaką lubicie konsystencję i jak Wam poszło przygotowanie - jestem ciekawa.
Bawcie się dobrze i miłego peelingowania! A w następnym artykule: pielęgnacja dłoni i paznokci :)
Tydzień. Tylko siedem dni sezonu grzewczego wystarczyło żeby moja skóra odczuła włączenie kaloryferów. Znacie to? Z dnia na dzień promienna cera robi się mniej promienna, jakaś taka już nie letnia lecz smutnawa, szarawa i sucha. Z czasem włosy również robią się bardziej suche, skóra głowy swędzi i tłuści się coraz bardziej, paznokcie rozdwajają się i łamią i generalnie wszystko jest nie tak. Niestety, sezon jesienno-zimowy uważam oficjalnie za otwarty! I dzisiaj będzie właśnie o tym jak go przetrwać, z piękną cerą i błyszczącymi, puszystymi włosami.
Swędząca skóra głowy a może łupież?
Jeśli nagle, zdajecie sobie sprawę, że macie skórę głowy (nie ukrywajmy, że na co dzień nie zwraca się na jej istnienie uwagi), odczuwacie potrzebę by ją pomasować, podrapać, dotykać to znaczy że coś zaczyna się dziać. Jeśli drapiecie się częściej niż Wasz czworonożny pupil, a w miejscach publicznych z powodu drapania ludzie odsuwają się od Was z lekką odrazą w oczach to znak, że albo za rzadko sięgacie po mydło ;) albo już się DZIEJE. … Co na to poradzić?
Przede wszystkim wywalić do śmieci szampony przeciwłupieżowe i te, których skład jest dłuższy niż kilka linijek. Im prostszy skład szamponu tym lepiej: szampon ma za zadanie oczyścić włosy i nic więcej. Koniec. Kropka. Im więcej w nim składników o skomplikowanych nazwach, których nie da się przeczytać na głos bez dukania, tym większa szansa, że podrażni skórę. (W czwartek opublikuję listę tych, które warto kupić).
Poza tym - nawilżać skórę głowy. No fajnie, tylko jak? Szybko i skutecznie - bez straty czasu na gotowanie siemienia lnianego czy innych pierdół z którymi się trzeba użerać, zaparzać, odcedzać, studzić, przechowywać w lodówce i dbać o to, by któryś z domowników ich nie wypił przez przypadek. Od lat jestem wierna jednej masce, którą poleciłam ją już chyba każdemu kogo znam i nie spotkałam się z ani jedną negatywną opinią. OK, opakowanie lekko wsiowe, ale poza tym ma same plusy. Trafiłam na nią wiele lat temu borykając się przez lat z łupieżem, który okazał się być po prostu przesuszoną i podrażnioną skórą głowy. Od tego czasu, problem nigdy nie wrócił.
Maskę Gloria, nakładam zawsze na całą długość włosów i na skórę głowy. Nie martwcie się, nie obciąża nawet cienkich włosów a przy regularnym stosowaniu zauważyłam, że pozwala myć włosy rzadziej niż wcześniej, dlatego nadaje się również do włosów tłustych. Doskonale nawilża (bez natłuszczania), wygładza, odżywia jest po prostu cudowna, a kosztuje ok.6zł / 200ml. Chyba przyznacie, że to śmieszne pieniądze w porównaniu z innymi firmami? Kiedyś, w podróży użyłam jej zamiast pianki do golenia, której nie wzięłam ze sobą i też dała radę bo zmiękczyła włoski, dała poślizg i nawilżyła skórę ;)
Suchość na twarzy
Skóra twarzy, będąc najcieńszą na ciele, najszybciej odczuwa włączone kaloryfery, dlatego musimy o nią dobrze zadbać, by zachować ten letni blask, którym zachwycałyśmy się cały wakacyjny sezon. Oto moje, niezawodne sposoby:
Oczyszczanie/demakijaż/złuszczanie:
Czarne mydło, o którym więcej przeczytacie tutaj.
Maseczki:
Kiedy pojawiły się pierwsze maseczki w płachcie, ich cena i upiorne zdjęcia na opakowaniach nie zachęcały do kupna. No bo która kobieta, przy zdrowych zmysłach kupi coś, co z założenia ma ją upiększyć, podczas gdy z opakowania zerka na nią zdjęcie kobiety-mumii, kobiety-ogórka lub, o zgrozo, kobiety-kaktusa! Jak jeszcze dwie pierwsze pozycje są do przełknięcia, tak tym kaktusem nieźle się przeraziłam ;)
Dopiero w zeszłym roku, przekonałam się do nich, lecz nadal do tanich nie należą dlatego stosuję je okazjonalnie naprzemiennie ze zwykłymi. Które maski wybrać? Najważniejsze by te BEZ ALKOHOLU. Wiem, że maleńkie literki i skomplikowane nazwy mogą zniechęcać, ale sprawdzenie czy jest alkohol w składzie nie wymaga doświadczenia ani wiedzy. Szukamy tylko pozycji: ALKOHOL, ALCOHOL lub ALCOHOL DENAT.
(Są różne składniki ze słowe "alcohol", np. cetyl alcohol który jest emolientem i nie ma nic wspólnego z alkoholem denaturowanym lub spirytusem, jest nieszkodliwy dla cery)
Posiadaczki cery naczynkowej sprawdzajcie też czy w składzie znajduje się PROPYLENE GLYCOL lub po polsku GLIKOL PROPYLENOWY, bo duża jego ilość podrażnia naczynka, dlatego zamiast pięknie nawilżonej i ukojonej skóry, otrzyma się wkurzoną i czerwoną.
Nawilżanie:
I tu pojawia się temat, o którym od pewnego czasu jest głośno, a panie w drogeriach namawiają na kupno z nim wszelakich kremów i specyfików. O co chodzi? O kwas hialuronowy.
Od innych kwasów różni się tym, że: nie podrażnia, nie złuszcza, można go stosować w ciąży i podczas karmienia, ponieważ kwas hialuronowy naturalnie występuje w skórze człowieka. Nie ma nic wspólnego z kwasami stosowanymi w kuracjach kwasowych, które wiele z nas robi w okresie jesienno-zimowym.
Kwas hialuronowy (HA w skrócie) nie tylko idealnie łączy wodę w naskórku, ale ten, który Wam polecę, przenika aż do skóry właściwiej i działa:
nawilżająco
regeneracyjnie
wspomagająco przy gojeniu ran
przeciwzapalnie
przeciwzmarszczkowo
ujędrniająco
oraz pomaga innym substancjom z kosmetyku wniknąć głębiej w skórę.
Jest idealny do każdego rodzaju skóry od tłustej do atopowej, łuszczącej czy naczynkowej. Można go stosować bez względu na wiek.
Półki w sklepach aż uginają się od kremów zawierających kwas hialuronowy, a firmy kosmetyczne zachowują się jakby nagle go odkryły, podczas gdy, o jego istnieniu i zastosowaniu w przemyśle kosmetycznym wiadomo od lat. Większość zachwalanych przez panie konsultantki kremów czy ser, ma tyle HA, co kot na płakał i kupno ich, to wywalanie pieniędzy w błoto. Ja kupuję kwas hialuronowy trójcząsteczkowy (czyli taki, który ma trzy wielkości cząsteczek od największych do najmniejszych i dzięki czemu nawilża i naskórek i skórę właściwą) w postaci żelu w sklepie ecospa.pl i wiem, że mam najwyższej jakości kwasu hialuronowego za najniższą cenę. Swego czasu kupowałam go również na mazidla.com ale z ecospa paczka przychodzi o wiele szybciej, a ja do cierpliwych nie należę. :)
Jak go stosować? Nic prostszego: daję odpowiednią ilość (na twarz i dekolt wystarczają dwie krople) na wnętrze dłoni, dolewam go niego 1-3 krople olejku, mieszam na dłoni i aplikuję na twarz. Ta dam! Ot, cała filozofia. Olejek, dzięki HA, pięknie się wchłania, dlatego nawet posiadaczki tłustej cery mogą ten trik stosować bez obawy, że będą się błyszczeć jak bombka choinkowa. Jeśli ktoś odczuwa potrzebę położenia na górę jeszcze jakiegoś kremu - proszę bardzo! Odczekajcie tylko przedtem kilka minut. Nawet gęsty i ciężki krem z filtrem SPF 50 wchłania się dzięki zastosowaniu HA, do matu.
Jeśli nie wiecie jakiego olejku użyć, możecie kupić oliwkę dla niemowląt Babydream lub Hipp i zastosować - sama stosowałam obie przez lata i byłam bardzo zadowolona (moja mama również) i to nie tylko ze względu na cenę, ale i na bardzo dobry skład.
Drugą opcją jest nałożenie samego kwasu hialuronowego (bez olejku) i alpikacja na górę od kremu. Na kwas hialuronowy zawsze trzeba nałożyć inny kosmetyk (jeśli stosuję się go solo, bez olejku), a chwilowe uczucie ściągnięcia skóry jest całkowicie naturalne - nie ma się czym martwić. Same wybierzecie, który ze sposobów sprawdza się u Was najlepiej i w jakich proporcjach.
Jak widzicie, na wszystko jest sposób a często im prostszy, tym - lepszy. Za tydzień zapraszam Was na artykuł, w którym skupię się na pielęgnacji skóry ciała i na paznokciach w okresie grzewczym.
Jeśli macie jakiś pytania - piszcie śmiało :)
Tydzień. Tylko siedem dni sezonu grzewczego wystarczyło żeby moja skóra odczuła włączenie kaloryferów. Znacie to? Z dnia na dzień promienna cera robi się mniej promienna, jakaś taka już nie letnia lecz smutnawa, szarawa i sucha. Z czasem włosy również robią się bardziej suche, skóra głowy swędzi i tłuści się coraz bardziej, paznokcie rozdwajają się i łamią i generalnie wszystko jest nie tak. Niestety, sezon jesienno-zimowy uważam oficjalnie za otwarty! I dzisiaj będzie właśnie o tym jak go przetrwać, z piękną cerą i błyszczącymi, puszystymi włosami.
Swędząca skóra głowy a może łupież?
Jeśli nagle, zdajecie sobie sprawę, że macie skórę głowy (nie ukrywajmy, że na co dzień nie zwraca się na jej istnienie uwagi), odczuwacie potrzebę by ją pomasować, podrapać, dotykać to znaczy że coś zaczyna się dziać. Jeśli drapiecie się częściej niż Wasz czworonożny pupil, a w miejscach publicznych z powodu drapania ludzie odsuwają się od Was z lekką odrazą w oczach to znak, że albo za rzadko sięgacie po mydło ;) albo już się DZIEJE. … Co na to poradzić?
Przede wszystkim wywalić do śmieci szampony przeciwłupieżowe i te, których skład jest dłuższy niż kilka linijek. Im prostszy skład szamponu tym lepiej: szampon ma za zadanie oczyścić włosy i nic więcej. Koniec. Kropka. Im więcej w nim składników o skomplikowanych nazwach, których nie da się przeczytać na głos bez dukania, tym większa szansa, że podrażni skórę. (W czwartek opublikuję listę tych, które warto kupić).
Poza tym - nawilżać skórę głowy. No fajnie, tylko jak? Szybko i skutecznie - bez straty czasu na gotowanie siemienia lnianego czy innych pierdół z którymi się trzeba użerać, zaparzać, odcedzać, studzić, przechowywać w lodówce i dbać o to, by któryś z domowników ich nie wypił przez przypadek. Od lat jestem wierna jednej masce, którą poleciłam ją już chyba każdemu kogo znam i nie spotkałam się z ani jedną negatywną opinią. OK, opakowanie lekko wsiowe, ale poza tym ma same plusy. Trafiłam na nią wiele lat temu borykając się przez lat z łupieżem, który okazał się być po prostu przesuszoną i podrażnioną skórą głowy. Od tego czasu, problem nigdy nie wrócił.

Maskę Gloria, nakładam zawsze na całą długość włosów i na skórę głowy. Nie martwcie się, nie obciąża nawet cienkich włosów a przy regularnym stosowaniu zauważyłam, że pozwala myć włosy rzadziej niż wcześniej, dlatego nadaje się również do włosów tłustych. Doskonale nawilża (bez natłuszczania), wygładza, odżywia jest po prostu cudowna, a kosztuje ok.6zł / 200ml. Chyba przyznacie, że to śmieszne pieniądze w porównaniu z innymi firmami? Kiedyś, w podróży użyłam jej zamiast pianki do golenia, której nie wzięłam ze sobą i też dała radę bo zmiękczyła włoski, dała poślizg i nawilżyła skórę ;)
Suchość na twarzy
Skóra twarzy, będąc najcieńszą na ciele, najszybciej odczuwa włączone kaloryfery, dlatego musimy o nią dobrze zadbać, by zachować ten letni blask, którym zachwycałyśmy się cały wakacyjny sezon. Oto moje, niezawodne sposoby:
Oczyszczanie/demakijaż/złuszczanie:
Czarne mydło, o którym więcej przeczytacie tutaj.
Maseczki:
Kiedy pojawiły się pierwsze maseczki w płachcie, ich cena i upiorne zdjęcia na opakowaniach nie zachęcały do kupna. No bo która kobieta, przy zdrowych zmysłach kupi coś, co z założenia ma ją upiększyć, podczas gdy z opakowania zerka na nią zdjęcie kobiety-mumii, kobiety-ogórka lub, o zgrozo, kobiety-kaktusa! Jak jeszcze dwie pierwsze pozycje są do przełknięcia, tak tym kaktusem nieźle się przeraziłam ;)
Dopiero w zeszłym roku, przekonałam się do nich, lecz nadal do tanich nie należą dlatego stosuję je okazjonalnie naprzemiennie ze zwykłymi. Które maski wybrać? Najważniejsze by te BEZ ALKOHOLU. Wiem, że maleńkie literki i skomplikowane nazwy mogą zniechęcać, ale sprawdzenie czy jest alkohol w składzie nie wymaga doświadczenia ani wiedzy. Szukamy tylko pozycji: ALKOHOL, ALCOHOL lub ALCOHOL DENAT.
(Są różne składniki ze słowe "alcohol", np. cetyl alcohol który jest emolientem i nie ma nic wspólnego z alkoholem denaturowanym lub spirytusem, jest nieszkodliwy dla cery)
Posiadaczki cery naczynkowej sprawdzajcie też czy w składzie znajduje się PROPYLENE GLYCOL lub po polsku GLIKOL PROPYLENOWY, bo duża jego ilość podrażnia naczynka, dlatego zamiast pięknie nawilżonej i ukojonej skóry, otrzyma się wkurzoną i czerwoną.
Nawilżanie:
I tu pojawia się temat, o którym od pewnego czasu jest głośno, a panie w drogeriach namawiają na kupno z nim wszelakich kremów i specyfików. O co chodzi? O kwas hialuronowy.
Od innych kwasów różni się tym, że: nie podrażnia, nie złuszcza, można go stosować w ciąży i podczas karmienia, ponieważ kwas hialuronowy naturalnie występuje w skórze człowieka. Nie ma nic wspólnego z kwasami stosowanymi w kuracjach kwasowych, które wiele z nas robi w okresie jesienno-zimowym.
Kwas hialuronowy (HA w skrócie) nie tylko idealnie łączy wodę w naskórku, ale ten, który Wam polecę, przenika aż do skóry właściwiej i działa:
nawilżająco
regeneracyjnie
wspomagająco przy gojeniu ran
przeciwzapalnie
przeciwzmarszczkowo
ujędrniająco
oraz pomaga innym substancjom z kosmetyku wniknąć głębiej w skórę.
Jest idealny do każdego rodzaju skóry od tłustej do atopowej, łuszczącej czy naczynkowej. Można go stosować bez względu na wiek.
Półki w sklepach aż uginają się od kremów zawierających kwas hialuronowy, a firmy kosmetyczne zachowują się jakby nagle go odkryły, podczas gdy, o jego istnieniu i zastosowaniu w przemyśle kosmetycznym wiadomo od lat. Większość zachwalanych przez panie konsultantki kremów czy ser, ma tyle HA, co kot na płakał i kupno ich, to wywalanie pieniędzy w błoto. Ja kupuję kwas hialuronowy trójcząsteczkowy (czyli taki, który ma trzy wielkości cząsteczek od największych do najmniejszych i dzięki czemu nawilża i naskórek i skórę właściwą) w postaci żelu w sklepie ecospa.pl i wiem, że mam najwyższej jakości kwasu hialuronowego za najniższą cenę. Swego czasu kupowałam go również na mazidla.com ale z ecospa paczka przychodzi o wiele szybciej, a ja do cierpliwych nie należę. :)
Jak go stosować? Nic prostszego: daję odpowiednią ilość (na twarz i dekolt wystarczają dwie krople) na wnętrze dłoni, dolewam go niego 1-3 krople olejku, mieszam na dłoni i aplikuję na twarz. Ta dam! Ot, cała filozofia. Olejek, dzięki HA, pięknie się wchłania, dlatego nawet posiadaczki tłustej cery mogą ten trik stosować bez obawy, że będą się błyszczeć jak bombka choinkowa. Jeśli ktoś odczuwa potrzebę położenia na górę jeszcze jakiegoś kremu - proszę bardzo! Odczekajcie tylko przedtem kilka minut. Nawet gęsty i ciężki krem z filtrem SPF 50 wchłania się dzięki zastosowaniu HA, do matu.
Jeśli nie wiecie jakiego olejku użyć, możecie kupić oliwkę dla niemowląt Babydream lub Hipp i zastosować - sama stosowałam obie przez lata i byłam bardzo zadowolona (moja mama również) i to nie tylko ze względu na cenę, ale i na bardzo dobry skład.
Drugą opcją jest nałożenie samego kwasu hialuronowego (bez olejku) i alpikacja na górę od kremu. Na kwas hialuronowy zawsze trzeba nałożyć inny kosmetyk (jeśli stosuję się go solo, bez olejku), a chwilowe uczucie ściągnięcia skóry jest całkowicie naturalne - nie ma się czym martwić. Same wybierzecie, który ze sposobów sprawdza się u Was najlepiej i w jakich proporcjach.
Jak widzicie, na wszystko jest sposób a często im prostszy, tym - lepszy. Za tydzień zapraszam Was na artykuł, w którym skupię się na pielęgnacji skóry ciała i na paznokciach w okresie grzewczym.
Jeśli macie jakiś pytania - piszcie śmiało :)
Dalszy ciąg analizy składów kosmetyków do mycia dla dzieci i niemowląt.
Jak zawsze, kosmetyki nie mogą zawierać: SLS, PEG-ów, parabenów, Phenoxyetanolu, pochodnych formaldehydu, EDTA, glikolu propylenowego, silikonów i parafiny.
Wczorajsze zestawienie znajdziecie tutaj:
http://kasiaosiecka.blogspot.com/2016/10/kosmetyki-do-mycia-dla-niemowlat-i.html







Jak zawsze, kosmetyki nie mogą zawierać: SLS, PEG-ów, parabenów, Phenoxyetanolu, pochodnych formaldehydu, EDTA, glikolu propylenowego, silikonów i parafiny.
Wczorajsze zestawienie znajdziecie tutaj:
http://kasiaosiecka.blogspot.com/2016/10/kosmetyki-do-mycia-dla-niemowlat-i.html







Dzisiaj analizujemy płyny i emolienty do mycia dzieci. Po przeczytania składów kosmetyków stwierdzam, że mają gorszy skład od brudu, który mają z dzieci zmyć. Jak zawsze, kosmetyki nie mogą zawierać: SLS, PEG-ów, parabenów, Phenoxyetanolu, pochodnych formaldehydu, EDTA, glikolu propylenowego, silikonów i parafiny.
A już jutro: płyny Nivea, z Biedronki, Bambino, Tołpa :)
A już jutro: płyny Nivea, z Biedronki, Bambino, Tołpa :)




















